Happiness is the Road czyli Marillion w trasie!
Zupełnie nieplanowany wyjazd do Krakowa będę z pewnością wspominał długo, gdyż przypominał on akcję jakiegoś “dobrego” filmu sensacyjnego. W poniedziałek o godzinie 15 dostałem telefon od kolegi informujący mnie, że rezygnuje on z wyjazdu na koncert i mogę jeśli chce się wybrać tam za niego. Nie wahając się długo zdecydowałem się na podróż. Następnie po 16 byłem już szczęśliwym posiadaczem biletu, a ponad godzinę później po efektownym wbiegnięciu na styk do pociągu w drodze do Krakowa. Szybki spacer przez miasto i przed 20 zameldowałem się pod halą Wisły. Po sporej kolejce ludzi do wejścia można było zauważyć spore zainteresowanie. Widać od razu, że grupa ma sporo oddanych fanów w Polsce. Jednakże nie są to głównie ludzie w “średnim wieku” jakby można było przypuszczać.. pod sceną dominowało sporo młodych osób nie mogących z pewnością pamiętać pierwszych koncertów grupy w Polsce.
Ja także zaliczam się do tej grupy osób. Marillion znałem do tej pory słabo.. ledwie trzy płyty zespołu słyszałem wcześniej, a mianowicie: Misplaced Childhood, Marbles oraz najnowszą Happiness is the Road, więc nie można mnie uznać za znawce ich twórczości. Na szczęście dla mnie i pewnie wielu podobnych osób, jak ja repertuar koncertu opierał się głównie na ostatniej płycie. A wykonanie tych nagrań na żywo było po prostu rewelacyjne. Podczas “Asylum Satellite #1″ można się było rzeczywiście poczuć jakby się było w przestrzeni wszechświata.. bardzo dobra oprawa wizualna potęgowała takie wrażenie. W czasie tego ponad dwugodzinnego występu zakończonego ostatecznie dwoma bisami nie było zupełnie innego wyjścia, jak nie odrywać wzroku od sceny, na której działo się sporo.
Steve Hogarth - lider grupy - bardzo ekspresyjnie wykonywał swoje partie wokalne gestykulując przy tym niemało. Momentami można się było poczuć, jakby się było w teatrze dźwięków. Pete Trewavas nie potrafił ustać w miejscu i ze swoją gitarą nieustannie przemieszczał się po scenie szukając odpowiedniego dla siebie miejsca. Niemałą atrakcją były też przebieranki lidera, który to kremowy surdut wymienił podczas “The Invisible Man” na czarny garnitur, okulary i laseczkę. Ten punkt koncertu można uznać za kulminacyjny, świetne wykonanie tej kilkunastominutowej suity potwierdzającej jakość płyty Marbles. Zagrali z niej jeszcze “Neverland” podczas pierwszego bisu i tyle a szkoda.. nie doczekałem się niestety “You’re Gone” czy “Don’t Hurt Yourself”, ale nie można mieć wszystkiego naraz. Mam nadzieję, że wrócą jeszcze do grania tych kompozycji podczas następnej trasy.
Koncert zakończyło wykonanie tytułowego nagrania “Happiness is the Road” podczas, którego opuszczał scenę co jakiś czas jeden z muzyków pozostawiając ostatecznie samego Steve’a na scenie. Był to z pewnością piękny koncert, który pozostanie mi na długo w pamięci. Jeszcze do tej pory słyszę w głowie fragment zwrotki piosenki “Whatever is Wrong With You”, podczas której wrzucono na scenę biało-czerwony szalik, który Steve dumnie założył na siebie. Oddanie polskich fanów nie zna granic, co można było zauważyć w poniedziałek i zapewne też podczas kolejnych dwóch dni w Warszawie i w Gdańsku.
Podzielił się wrażeniami i wykonał zdjęcia (patrz niżej) : Sławomir Kruk





