Wielkie oczekiwanie na kolejną edycję Off Festivalu zaczęło się u mnie wraz z końcem poprzedniej edycji. Off z 2008 roku jednogłośnie obwołano sukcesem, na co złożyły się świetna organizacja, znakomita frekwencja oraz oczywiście sama muzyka, która rozłożyła wszystkich wątpiących w to, że u nas dźwięki alternatywne słyszane są jedynie w nielicznych rozgłośniach radiowych. Muzyka alternatywna w 2008 odniosła w Mysłowicach spektakularny - jakkolwiek to zabrzmi - “sukces”. Na następną edycję już wtedy ślinili się odważni na nowe, nieprzewidywalne dźwięki oraz niezależni dziennikarze, dla których takie imprezy są okazją do uruchomienia muzycznej wyobraźni.

Fan alternatywy w Mysłowicach
Przybyłem około 15.00. Na scenie leśnej kończył koncert Leman Acoustic. Od razu poszedłem w kierunku głównej sceny, gdzie zaczynali grać Von Zeit, by zaprezentować najnowsze wydawnictwo “Ocieramy się”. Właśnie wróciliśmy z piekarni - usłyszelismy na powitanie.

Von Zeit
Muzyka tego pięcioosobowego składu to mieszanina wielu stylistyk, które łączy wspólna cecha: jazzowa improwizacja. Takowych, długich jamów nie zabrakło na main stage, które wzbogacał bębnami Sebastian Szczepanowski. Warto zwrócić uwagę na charakterystyczną gitarę Jacka Kuleszy. Inną ciekawostką było użycie srebrnej gitary dobro, jednak wyraźnie nie współgrała ona z basem i sprawiała wrażenie całkowicie rozstrojonej.

Gitara rodem z lat 60-tych…
15.30 wybiła, więc od razu udałem się w kierunku leśnej, żeby zobaczyć BiFF. Muzycy wyszli,
patrze patrze - raz dwa trzy… brakuje mi tu kogoś. Chwila muzycznego intro i już wiedziałem, kogo mi brakuje - Cześć!!! powiedziała Ania Brachaczek. Ale chwila, co ona na sobie ma??

“Jestem kurą nioską” - ciekawe czy kurą beztroską też?
Sami się określają mianem “onirycznie punkowych”. No nie wiem, moim zdaniem jest to dobry, melodyjny pop-rock, czasem może zadziorny - ale nigdy punk. Jednak jest coś w tym Pogodnopobocznym projekcie; być może specyficzny humor i wdzięk wokalistki, być może umiejętności kompozytorskie zespołu, ale BiFF na żywo słucha się dobrze. Reakcja niezbyt licznej publiczności była tego dowodem.

Ania Brachaczek: “Wszyscy pochodzimy ze Śląska, a przyjechaliśmy z Zachodniopomorskiego Hehe”
Czekam z ciekawością na debiut fonograficzny BiFF. To jeden z ciekawszych projektów, jaki się ostatnio w Polsce pojawił. Premiera: wrzesień 2009.

BiFF
Oni są ok - myślałem sobie kierując się na scenę główną, gdzie miał wystąpić zespół Loco Star. Właśnie - miał, bo ku zdumieniu większości (ale chyba pocieszeniu wszystkich facetów) - na scenie grała i śpiewała śliczna, wysoka pani wygłądająca niczym młoda Catherine Denevue.

Hm, w tym roku poziom estetyczny festiwalu był bardzo wysoki
I tutaj przyznaję - nie zapamiętałem nazwy tego projektu mimo, że padała kilkakrotnie. Jedynie udało mi się wyłapać coś o holenderskich korzeniach członków zespołu. Cóż - chyba zbyt intensywnie wpatrywałem się w wokalistkę i basistkę jednocześnie. To był dobry koncert, wiele fajnych, ciepłych kompozycji że człowiek na moment zapominał że jest na festiwalu alternatywnym. Koncert był uatrakcyjniony bańkami mydalymi, które w specjalnych sztyftach porozdawał zespół. Na pewno zwracała też uwagę gitara basowa wokalistki.

Nawet ochrona dała sobie chwilę, żeby spojrzeć…
To była taka słodka odsłona Offa, myślę potrzebna na nawet najbardziej alternatywnej imprezie. Było mi żal zespołu, który naprawde się starał; na pewno nie sprzyjała godzina i niewielka frekwencja przed sceną.

Perkusista w akcji
Tak, zabawa zaczęła się rozkręcać na dobre. Za chwilę grają Pustki, ale w tym samym czasie na leśnej zaczynają George Dorn Screams. Idę na Screamsów, w końcu jescze ich nie widziałem. Ta bydgoska kapela idzie pod prąd z każdym następnym albumem, a Artur Rojek nazywa ich kiedyś najlepszym gitarowym zespołem w Polsce. Zaczynają, kiedy Magda Powalisz nieśmiałym krokiem zbliża się do mikrofonu. Zostań, nigdy nie byłeś na GDS…Stary idź na Pustki, przecież szykują płytę - walczę w myślach. Oczywiście za chwilę wręcz biegnę na Pustki.
Nie zrobiłem im nawet jednej foty. Nie jestem na ich koncertach w stanie. Nie pierwszy raz byłem świadkiem i to co robią na żywo to jest po prostu muzyczny wymiot. Radek, Basia, Grzesiek i Szymon zrobili zamieć już nie pierwszy raz. Znakomicie wypadły ich ostrzejsze numery, jak “Wesoły Jestem” czy “Słabość Chwilowa”. Największą siłą Pustek jest niewchodzenie w skrajności. Unikają długich solówek, popisów perkusyjnych. Robią świetną muzykę i na scenie po prostu ją prezentują. Słuchacze na scenie offensywy byli zachwyceni.
Z gorącego namiotu szczęśliwy szedłem na koncert The Thermals. To trio z Portland w Stanach niedawno wydało cudeńko: „Now We Can See”. Usiadłem przy barierkach. The Thermals to sympatyczni ludzie, a to był poprawny koncert. Ale poza tym nic ciekawszego się nie wydarzyło. Dobrze się ich słucha siedząc przy barierkach.
Micachu And The Shapes
Idąc w stronę leśnej nie wiedziałem czego się spodziewać. Zaczynali właśnie Micachu and The Shapes. To młodziutkie londyńskie tio tworzy niebanalną muzykę, używając na koncertach takich gadżetów, jak np. odkurzacz. Na leśnej odkurzacza niestety nie było, ale dostaliśmy rozstrojoną, barokową gitarę; poskręcane sample a jako element perkusji służyły butelki po szampanie. To był chyba jeden z najbardziej awangardowych występów w historii Off Festivalu. Zawiedli się ci, którzy oczekiwali normalnych piosenek z refrenem, zachwyceni byli fani mocno niecodziennych brzmień.

Można się zakochać, prawda? Raisa Khan
Następny w kolejności czekał amerykański kwartet The Pains Of Being Pure At Heart. Indie Rock to coś, co mi się już dawno przejadło i tego się obawiałem idąc na ten występ. Wiem – zespół jest chwalony, zbiera wyróżnienia. Ale niestety nie uratowała całości nawet sympatyczna pani na klawiszach. Znów zbyt dużo niepotrzebnego hałasu, piosenki brzmiące jednakowo tak, że zapamiętałem jedynie singielek z płyty. Słabo.
O 21.00 znalazłem się w offensywnym namiocie by posłuchać pani Marissy Nadler. Rozłożyło mnie od pierwszego wsłuchania się w dźwięki i głosy tego koncertu . Pani Nadler ma przepiękny głos, trochę przypominający Katie Melua. Kiedy mówi do mikrofonu krótkie „Thank You” prawie jej nie słychać. Kiedy śpiewa jest niepokojąco smutna. Specyficzny nastrój powagi unosił się w namiocie przez cały występ. Ten koncert był kwintesencją delikatności i potwierdzeniem faktu, jak otwarty na muzykę jest Artur Rojek.

Marissa Nadler
Przyznam ze wstydem, że nie wybrałem się na Lecha Janerkę – poszedłem na Fucked Up. Chyba leśna scena wyzwoliła w muzykach wszystkie zwierzęce instynkty, bowiem przeraźliwe wrzaski słyszałem już mijając toi toie. Nie odważyłem się podejść blisko. Widziałem jedynie owłosionego i lekko spasionego wokalistę wrzeszczącego coś do tłumu. Było wspólne wrzeszczenie, szarpanie za włosy i dużo śliny lecącej we wszystkie strony. Ci to potrafią zrobić szoł – pomyślałem sobie ale ogólnie niczego bardziej muzycznego z tego nie wyniosłem niestety.
Gdzieś w drodze między The Week That Was i Lucky Dragons zauważyłem na scenie miasta muzyki a właściwie przed nią coś, co wyglądało jak hardcorowy happening. Szybko wchłonąłem w tłum i ku mojemu zdumieniu zobaczyłem jak perkusja lata między publicznością niczym poduszka w wojnie w sypialni. To były świry z Monotonix. Izraelskie trio rozniosło w strzępy moje postrzeganie muzyki na żywo. Było rzucanie pałeczkami od perkusji, perukami, piaskiem.

Monotonix w akcji
W pewnym momencie samozwańczy Przywódca Wąsatych, odpowiedzialny za ten rozpierdol odziany jedynie w kąpielówki zaczął je od tyłu ściągać. Myślałem, że w transowym amoku pójdzie na całość i je ściągnie. Tak się jednak nie stało, Mr Mustache zadowolił się smarkaniem, pluciem na publiczność, rzucaniem piaskiem i wyzywaniem kto podpadł od chujów; rzucał się również na publiczność jakby widział wodę zamiast ludzi. Było niebezpiecznie w momencie kiedy stanął na bębnie i 3 metry nad ziemią miał wyraźną ochotę na skok. Na szczęście zrezygnował. W pewnym momencie zapanowała cisza a Mustache oddał się czemuś na styl medytacji, każąc wszystkim usiąść. Zapanowała cisza, a kto ją przerwał dostał porcję wyzwisk. – nieźle – pomyślałem – ten lekko zidiociały osobnik naprawdę potrafił sterować tłumem. W sumie nikomu nic się nie stało, co uważam za cud.

Pałeczki latały w tłumie, aż dziw że nikomu nic się nie stało
Wychodząc w szoku z tego co się stało, zatrzymałem się żeby zebrać szczątki butów do kupy i wytrząsnąć z głowy piasek. Z nadzieją szedłem na zapowiadaną gwiazdę festiwalu – Spiritualized. Niestety dla mnie była to antygwiazdą Offu. Przeciągane kakofonie z trudem dało się słuchać, a łagodniejsze kompozycje nie wprawiały we wzruszenia. Zespół nie miał w ogóle kontaktu z publicznością i sprawiał wrażenie po prostu odbębniających rutynowo swoje. Duży zawód dla mnie i chyba nie tylko mnie.

Młoda fanka alternatywy na Offie
Wszystko co najlepsze było już za mną, wstąpiłem jeszcze na chwilę na Final Fantasy i Armię ale bez rewelacji. Wyszedłem przed 3, drżąc z zimna jako że miałem tylko koszulkę na sobie. Trzeba się przespać – pomyślałem.
Tekst i zdjęcia: Marcin Bareła