Miałem przed koncertem Gaby Kulki problem, bowiem w tym samym czasie w namiocie grały 4 piękne panie – kwartet Andy, który właśnie nagrywa swój debiut fonograficzny. Gitarowe, niezbyt ciężkie granie, dobra perkusja i chwytliwe melodie stworzyły bardzo pozytywny klimat. Żal trochę było wychodzić, ale zaraz zaczynała Gaba, której jeszcze na żywo nie słyszałem. Muzyczna swoboda towarzysząca tej znakomitej pianistce jej imponująca; z gracja porusza się po klawiszach, śpiewając w oryginalny, nieco nonszalancki sposób. Świetnie wypadły „Niejasności” i „Hat Rabbit”.
Nic nie pamiętam z Casiostone For The Painfully Alone i Crystal Stilts. Musiało być słabo. Doskonale natomiast pamiętam Handsome Furs. Zwariowany duet pozytywnie zaskoczył zebranych słuchaczy. Dan Boecker i Alexei Perry. Partnerzy w życiu i na scenie. Pierwszy ledwo się powstrzymywał przed zdemolowaniem gitary, druga szalała przy syntezatorze robiąc skłony niczym na aerobiku. Byli przez całą swą wulgarność bardzo sympatyczni.
Za chwilę znalazłem się w namiocie, by usłyszeć szwedzki projekt Wildbirds and Peacedrums. Po raz kolejny Skandynawia potwierdziła muzyczną odmienność. Mariam Wallentin i Andreas Werliin całkowicie porwali zgromadzonych pod namiotem, z każdą pulsującą dobrą energią piosenką oklaski były głośniejsze. W jednym z końcowych utworów usłyszałem jeden z najlepszych popisów perkusyjnych w życiu. Magia. Pierwszy raz na festiwalu doszło do bisu poza regularnym czasem występu. Oklaskom nie było końca.
Jednym z bardziej efektownych wizualnie występów był koncert Marii Peszek. Tradycyjnie już dla tej artystki, pojawiły się gadżety, stroje, nawet rewolwery! Muzycznie trochę Awarii, trochę Miasto Manii, jednak utwory zaskakiwały niecodzienną aranżacją. Perkusyjne, ostre Moje Miasto czy dynamiczny Rosół ani trochę nie przypominały wersji albumowych.
Fajnie było usłyszeć niedawno reaktywowany zespołu Miłość. Tymański, Możdżer, Trzaska, Sikała i Olter. Legenda alternatywnego jazzu. Leszek Możdżer jest po prostu genialny przy fortepianie. Długie improwizacje były niczym zabawa na scenie, całkiem możliwe, że muzyka powstawała na leśnej na żywo.
Na koniec nie można zapominać o The National. W końcu normalny koncert, pełen pięknych, zamyślonych piosenek (Mistaken for Strangers). Bardzo dobra oprawa wizualna i specyficzny duch tego wydarzenia chyba przyćmił nieco to co działo się wcześniej. Nie zapomnę, jak Matt Berninger wyszedł nawet nie przed scenę, ale na pole, tuż koło mnie, ciągnąc za sobą mikrofon. To był chyba jeden z najbardziej metaficznych momentów tegorocznego Off Festivalu.

Piękne światła na The National
Festiwalu, który z każdym rokiem idzie pod prąd i nie daje się okiełznać. Zaskakuje, prowokuje, drażni i fascynuje. Pobudza muzyczną wyobraźnie. Wiele jest głosów, że w tym roku było słabo. Owszem – niektórych artystów, którzy tylko zagłuszają hałasem swoje braki można byłoby sobie darować. Mogłoby być na Offie więcej ambientu, zamyślenia, spokoju, więcej akustycznych dźwięków. Bo nie chodzi o to, żeby na przekór modom na siłę promować alternatywę i awangardę, tylko o to, żeby pokazać, że dobra, ciekawa muzyka istnieje poza listami przebojów, nie tylko w Anglii i Stanach i niekoniecznie musi zawierać jakiekolwiek gitary. Jeśli to się stanie – Off Festiwal będzie najważniejszą muzyczną imprezą w kraju.
Tekst i zdjęcia: Marcin Bareła
mail do mnie: dwain@poczta.fm


